IX. C. Odn.: „Relacji byłego członka Grupy (1989)”

Z perspektywy innego członka wspólnoty z tego czasu:

Wspólnotę poznałam w lipcu 1989 podczas Dni Kościoła w Lipsku. W tamtym czasie w Niemczech (wówczas NRD) była tylko jedna dziewczyna (to jest – „były członek Grupy”) i dwóch Austriaków. Bardzo cieszyłam się z codziennej wspólnoty z nimi, do której już długo tęskniłam, lecz dotąd nie mogłam znaleźć takiej możliwości.

Dlatego jak najszybciej pojechałam do domu, aby opowiedzieć mojej rodzinie i przyjaciołom o moich nowych doświadczeniach. Niestety doznałam rozczarowania – oni nie chcieli takiego konsekwentnego chrześcijaństwa.

Dla mnie było to bardzo poważną sprawą, by żyć razem, naśladując Jezusa. Wcześniej zakładałam, że moja rodzina tak samo jak ja pragnie żyć w prawdzie i we wspólnocie, tylko że nie wiedzą, jak ma to wyglądać w praktyce. Okazało się jednak, że tak nie jest. Niestety, nie byli oni gotowi przyznać się do swoich grzechów – wieloletniej obojętności i dopasowywania się do tak zwanej pobożności tradycji kościelnej. Ani nie pragnęli, ani też nie wierzyli, że możliwe jest życie we wspólnocie, w braterskich relacjach. Z tego powodu nie oceniali ani siebie samych, ani innych tak zwanych chrześcijan.

Dlatego bardzo szybko oddzieliłam się od nich. Bez postawienia tej jasnej granicy, nie byłoby dla nikogo zrozumiałe, czym jest naśladowanie Jezusa i wspólnota. Chcieliśmy być światłem – razem z innymi i dla innych.

Również ja chciałam być dalej razem z tymi, którzy byli mi do tej pory bliscy. Jednak przyczyna tego podziału leżała po ich stronie. Oni nie chcieli wcielać w życie konsekwencji płynących z Bożego Słowa. To rozdzieliło nas – w myśleniu, w życiu i w wierze. Chciałam uszanować ich wybór, ale nie chciałam też, by zabrano mi moją wolność.

Rozmawialiśmy z wieloma ludźmi, ale żaden z nich nie chciał tak żyć. Zamiast tego odrzucali nas jako „sektę”, ponieważ wystąpiliśmy z naszego kościoła, tak jakby to ewangelicka organizacja była podwaliną prawdy.

Ani moja przyjaciółka, ani ja, nie byłyśmy przygotowane na taki nacisk. Z tchórzostwa i strachu przed ciągłym odrzuceniem, odstąpiłyśmy od wymagań Jezusa. Zaakceptowałyśmy kościół jako organizację i niewidzialną wspólnotę, mimo iż wiedziałyśmy, że w Kościele mogą być tylko chrześcijanie. Przyjęłyśmy również obojętność tak zwanych chrześcijan jako ich słabość, dobrze wiedząc, że wiele z nich nie było w ogóle gotowych, by się zmienić. Nie chciałyśmy pogodzić się z tym, że jak tak mało chrześcijan, ani nie chciałyśmy być widziane jako pyszni faryzeusze, chociaż nie odmawiałyśmy żadnemu człowiekowi szansy na zbawienie. Nie chciałyśmy po prostu nieść tego napięcia, jakie się zrodziło między nami a naszymi wierzącymi krewnymi i przyjaciółmi. Ale wtedy nie uświadamiałyśmy sobie tego, myślałyśmy, że te wymagania są zbyt wysokie.

List i rozmowa z braćmi bardzo pomogły mi widzieć i ocenić przed Bogiem moje myślenie oraz postępowanie. Tak, jak to napisała moja przyjaciółka, bracia nie wywierali na nas nacisku (bo nie zależy im na tym, by ktoś się do nich po prostu przyłączył), ale mówili (a raczej pisali) bardzo jasno i otwarcie. Znowu, tak jak na początku, chciałam żyć razem z nimi, wspólnie naśladując Jezusa.

Odnośnie „Dodatku do relacji Kathariny Muller”

Pisze ona, że poprzez uświadomienie sobie skutków odejścia, toczy się w każdym ogromna wewnętrzna walka i że większość na końcu tego okresu przystępuje do wspólnoty. To związuje tę osobę ze wspólnotą i traci ona swoją osobowość.

Nikt z nas nie wymyślił sobie nauki o odpadnięciu od Boga (odejściu). Jest ona faktem, który można udowodnić, i o którym wyraźnie jest napisane w Biblii. Skutki odpadnięcia są równie wstrząsające jak konsekwencje tego, że ktoś nie wierzy w Boga. Nie jest to w porządku, aby z tego wyciągać wnioski, że przez tą naukę chcemy przywiązać ludzi do siebie. Własna osobowość doznaje cierpienia wtedy, gdy człowiek czyni coś, o czym wie, że jest niewłaściwe. Wewnętrzne walki mojej przyjaciółki nie skończyłyby się przyłączeniem do wspólnoty, ale jasną decyzją pójścia za Jezusem.

Formalna przynależność do wspólnoty nie daje gwarancji, że będzie się w niebie. Tak samo przyłączenie się bez zrozumienia czy przekonania, nie przyniesie ani wolności z przebaczenia, ani pokoju.

Poprzez decyzję przeciwko wspólnocie (a więc decyzję za „letnim” chrześcijaństwem) rodzi się oczywiście silny wewnętrzny konflikt, którego rzeczywiście nie można rozwiązać. Judasz też zwątpił w życie, gdy podjął decyzję, by zdradzić Jezusa.

Jeszcze jedno stanowisko do powyższej relacji:

W relacji byłego członka grupy z 1989r. wspomniano, że „istnieją dowody na to, że bierzemy pod uwagę samobójstwo człowieka, przeżywającego ten trudny okres (chodzi o wewnętrzne rozterki odnośnie niechęci przynależności do grupy)”.

Cytat: „Lepiej żeby umarł, niż miałby odstąpić. W tym momencie wychodzi na jaw całkowity brak litości u członków tej sekty”.

Nasza wspólnota zawsze jak najostrzej potępiała samobójstwo, dlatego w tej wypowiedzi nie mogło o to chodzić. Jest to sprzeczne samo w sobie, jeżeli ktoś wnioskuje z tego cytatu, że uznajemy samobójstwo za możliwe.

Zarzut braku litości, który nam postawiono, należałoby przenieść na Jezusa: Czy Jezus jest bezlitosny, gdy wymaga od nas bezwarunkowego naśladowania?

Czy Jezus jest niemiłosierny, gdy ludzie nie chcą Go rzeczywiście naśladować i przez to mają wyrzuty sumienia czy przechodzą kryzysy?

Czy winny jest Jezus, gdy Judasz, po zdradzie, wybrał samobójstwo i się powiesił?

Zdanie „Lepiej żeby umarł, niż miałby odstąpić” jest właściwe w pewnym kontekście, którego nie można pominąć.

Np. czy w czasie prześladowań słusznym jest zaprzeć się wiary, nawet jeżeli kosztuje to życie?

Najstraszniejsza rzecz, jakiej można doświadczyć, to gdy człowiek traci łaskę Bożą i na wieczność jest w piekle.

Życie jest darem Bożym. Nie mamy prawa, by je odbierać.